W drodze na górę Moria

Zwykle unikam wynurzeń emocjonalnych w internecie, staram się ich w swoich tekstach unikać. Ten będzie pod tym względem inny. Z tych samych powodów nie przejdzie redakcji, chciałbym umieścić go w tej formie w jakiej powstał. Jeśli spodziewacie się tu konstruktywnych wniosków i rozbudowanej argumentacji, to obawiam się, że się zawiedziecie.

Napisałem go pod wpływem lektury tekstu, który znajdziecie tutaj: https://squirel-spg.blogspot.com/2018/06/stetryczaego-gracza-gaweda-3-spowiedz.html

Czym dla MNIE osobiście jest właściwie larp ?

Dziełem i schronieniem. Jeden z historyków sztuki XX wieku stwierdził, że nie ma sztuki, są tylko dzieła i ich autorzy. Dla mnie osobiście moje larpy są moim dziełem, moją projekcją artystyczną, moim wyżuciem i wypruciem się z pewnych poczuć, myśli, smutków, żali i radości. Ich sukcesy są moim szczęściem, ich porażki są moją osobistą, dojmującą porażką.

Jest też schronieniem, bo w larpówku przy jego wszystkich wadach i specyfikach znajduje swoje miejsce i poczucie bezpieczeństwa, jakie daje obecność innych, sobie podobnych – podobnie rozumujących, poszukujących podobnych przeżyć, rzeczy, celów.

Asia napisała: LARPotworzenie nie jest zajęciem dla „miękkich fryt”.

I nie mam problemu ze zrozumieniem skąd u niej takie odczucie. Mało kto umie w feedback, w przekaz krytyczny który nie złamie twórcy. Nazbyt często ludzie nie pamiętają, że równe znaczenie co posiadanie w swoim mniemaniu racji, ma nie bycie dupkiem. Zauważyliście ile świeżynek rezygnuje po napisaniu jednej dwóch gier? Ile razy dyskutowaliśmy jak nazbyt mały jest przypływ nowych świeżych twórców. Ile razy wracamy do przypominania zasad feedbacku. A i ilu twórców przewraca się pod naporem oczekiwań. Przed poczuciem, że zgodnie z olimpijską zasadą: wyżej, mocniej, dalej – wraz z każdym sukcesem wzrastać będą też oczekiwania.

Niezależnie co zrobisz znajdą się krytycy i ci co wiedzą lepiej. Nieważne ile włożysz pracy, ile pozytywnych słów usłyszysz – za plecami rozlegną się szepty, plotki, oskarżenia. Bo przyjąłeś “zły system naborów”. Bo formularz zrozumiały dla stu osób, dla kogoś był niejasny. Bo rozdałeś role według swej najlepszej wiedzy o postaciach jakie stworzyłeś, ale graczowi znajomi podpowiedzieli coś innego więc dlaczego nie dostał tego? Przecież pod to wypełnił formularz… Bo przyjąłeś za dużo znajomych i to było ustawione. Albo za mało i jesteś egalitarnym fiutem. Przecież oni chcieli konkretne postaci. Bo było nudno więc się ktoś dopierdolił.

Tylko czasami wraca pytanie – po co my to sobie robimy?

Poświęcamy setki godzin, nasze talenty, możliwości, składamy po Abrahamowemu nasze dzieci w ofierze, bo czymże innym są nasze twory i pomysły, po cichu licząc, że gracze i ich otoczenie wstrzymują ostry nóż krytyki. I wtedy możemy uznać, że czas skierować nasze uczucia gdzie indziej. Poszukać lepszej ich lokaty. Zacytuję:

“Ale wtedy zbuntował się mój mózg… Wyobraźcie sobie, że ten dupek dał mi jasno do zrozumienia, że jeśli nie zapewnię mu takiego haju, euforii, odurzenia i immersji przy tworzeniu gry, jaką osiągał przy projektowaniu Snu, Gangów i Misterium, żaden LARP nigdy nie sprawi mi już radości. W zasadzie miałam wrażenie, że te nowe małe LARPy w ogóle nie są moje. Nie były mi bliskie, nie czułam się w tych światach jak u siebie, jak gdyby napisał je ktoś inny, obcy. Zanim w końcu dotarło do mnie, że wstąpiłam na drogę bez odwrotu, resztkami sił próbowałam gonić jakąś niedookreśloną, nieuchwytną emocję, której nawet nie potrafiłam nazwać. Zostały mi tylko dwa wyjścia:

– albo zapomnieć o świecie rzeczywistym i rzucić się w wir pracy nad kolejnym, jeszcze większym LARPem, przekraczającym granice mojej wytrzymałości;

– albo rzucić wszystko i przestać pisać gry.”

Każda z tych decyzji jest odważna i trudna. Ba, dojście przemyśleniami do niej już samo w sobie było zapewne trudne. Ale czy tragedią nie jest, gdy doświadczony, ceniony twórca rzuca larping, przeświadczony, że to jedyna droga? I kołacze mu się gdzieś myśl, że może być po prostu miękką frytą?

Nie zapytam, cytując rzymskich mędrców: KIMŻE SIĘ STALIŚMY? Zapytam: kim jesteśmy, że naszych najzdolniejszych i najbardziej oddanych ciskamy na tak podłe rafy? Ludźmi? Zawsze zdawało mi się, że po to szukamy tu naszego schronienia, naszej przystani, by ciągnąć nasze niedokończone opowieści z takimi jak my. Innymi. Obcymi. Samotnymi. Szukającymi. 

Dawno temu wespół z Panem Cogito, który wraz z paroma innymi utworami stanowił dla mnie pewien kompas decyzji, wybrałem drogę jaką zamierzam pójść. Ale jak to jest, że ciągle ślemy Naszych na tą cholerną górę Moria?

Advertisements

O terminach i kartach postaci.

Stara prawda mówi, że rzeczy czasem się pierdolą. W przypadku larpa, jak wszyscy wiemy, pójść źle może dosłownie wszystko, tak z winy organizatorów, jak i bez śladu tejże. Niejeden raz orgowie do ostatniej chwili łatali rzeczy by uczynić larp lepszym albo choćby dać mu się odbyć. Bywa. Gramy kartami jakie rozda nam los. Jedni lepiej, drudzy gorzej, a trzeci z zacięciem ślepego szulera. Prawdę mówiąc większości naszych problemów gracze nie zauważą, bo z zewnątrz zauważyć ich się nie da. Jeszcze w czasach, gdy robiłem konwenty nauczyłem się zasady, że nieważne ile rzeczy trzeba by załatać czy naprawić, zwykle jest to nasz orgowski ciężki wysiłek i stres, ale z zewnątrz widać tylko efekt. Lub jego brak. Nie ma sensu zadręczać nim uczestników, zresztą skoro już bawimy się w stare powiedzenia, czasem lepiej nie wiedzieć jak piecze się chleb. Ale są dwie kwestie które widać, i które wpływają w znacznym stopniu na nastrój, oczekiwania i odbiór gracza. I o nich postanowiłem kilka słów napisać.

13006510_577669312396909_6136727514198730159_n.jpg

Grafika z larpa Gasnące Słońca: SNAFU

Te dwie kwestie to komunikacja i karty postaci. Dwa odmienne i jednocześnie podobnie problematyczne w pewnym wymiarze. Dwa tak naprawdę jedyne punkty, w którym gracze mogą zorientować się w skali naszego problemu. Dwa też jedyne które skazić mogą ich odbiór larpa i poczucie ich zadowolenia w okresie przedlarpowym.

W przypadku kart postaci mówić możemy o trzech formach problemu. Jednym jest termin ich wysłania, drugim ich czytelności i stopień jej objaśnienia, a trzecim co smutne – o tym czy gracz w ogóle ją dostanie. W tym ostatnim wypadku pomijamy oczywiście temat larpów, które kart postaci nie przewidują. Kwestia druga zależy od stylu, od metodologii i tysiąca drobiazgów. Nie będę w ten temat wchodził bo jest zbyt różnorodny, zbyt rozrośnięty by dało się o tym mówić inaczej niż w osobne, bynajmniej nie krótkiej formie. Przynajmniej według mnie. Ale pierwsza i trzecia zgrywają się potężnie. I potrafią stworzyć kłopot obu stronom komunikacji.

W ostatnim czasie, tak jak coraz wcześniej ogłaszane są kolejne projekty, tak z coraz większym wyprzedzeniem pojawiają się materiały do nich, i na szczęście – coraz wcześniej rozsyłane są karty. Jednak ta ostatnia tendencja zdaje się postępować najwolniej. Tak, bywa to dla twórców niedogodne, ale jest korzystne. Nie tylko dla graczy mających więcej czasu na przygotowanie swojego stroju, samych siebie, swoich relacji i wszystkiego tego co uzupełnia postać, ale i dla Mistrzów Gry, motywując ich do trzymania się terminarza i nie pozostawiania rzeczy na ostatnią chwilę. Tą w której najczęściej rzeczy się sypią. Co więcej jest wczesne wysłanie kart jest wyrazem szacunku dla uczestnika. Bez wielu rzeczy larp może się obyć. Jedyne co jest wspólne dla wszystkich naszych projektów, to jakkolwiek banalnie to zabrzmi – uczestnicy. To oni są clou naszych projektów. Oni są najważniejsi.

I chcą poczuć, że o nich pamiętamy. Że wszystko idzie dobrym torem i będą mieli co robić na naszym larpie. Oczywiście, że wiele rzeczy może pójść źle. Że niejeden raz na ostatnią chwilę będziemy od nowa robić rzeczy, które zdawały się pewne jak skała. Ale odhaczając rzeczy zacznijmy od kart postaci. Dajmy naszym uczestnikom cieszyć się tak nimi i larpem. Komunikujmy się z nimi. Rozmawiajmy, odpisujmy – nawet jeśli braknie już czasu i sił. To oni są ważni. Nie dajmy im czuć się jak piąte koło u wozu.

Przeczytawszy własny tekst dochodzę do wniosku, że tak właściwie napisałem banały. Szkoda, że wciąż trzeba je powtarzać.

 

Andrzej

Angst – gra główna ArtEast Larp Festival 2017

angst filoz. «stan umysłu wynikający z braku sensu lub celu życia i z poczucia własnej skończoności w nieskończonym świecie» – słownik języka polskiego PWN. 

 

Wszystkie zdjęcia Studio Światła – Karolina Toczydłowska.
Redakcja dzięki uprzejmości Marcina Słowika Słowikowskiego.

19477493_794490827378796_4684003452020221426_o

Obraz autorstwa Mateusza Bielskiego. 

ArtEast Larp Festival to, jak piszą o nim sami jego twórcy, impreza mająca popularyzować larpy w Białymstoku i jego okolicach. Cel godny i wart szacunku, w końcu Białystok jest kolebką polskiego larpingu i iskra naszego hobby powinna tam się utrzymać. Z Białegostoku pochodziło poniżej połowy uczestników.

Piąta odsłona festiwalu odbyła się w dniach 23-24 czerwca 2017 roku. Gra główna tradycyjnie odbyła się na Tykocińskim zamku, zaś reszta punktów programu w Domu Studenckim Gamma, na terenie Wydziału Filologii Uniwersytetu Białostockiego oraz Hary Motorcycle Pub. Twórcami gry głównej, którą poniżej omówię, byli Marcin ‚Innokis’ Szurpicki oraz Rafał Camlet, zaś pomagali im: przy scenariuszu Agata “Oczko’ Godun, Hubert Sosnowski, zaś przy logistyce i rekwizytach: Daniel ‚Drach’ Zacharczuk, Paulina Nowis, Marta Godun.

Żywia przez długi czas nie była dobrze znanym mi stowarzyszeniem. Czasem pojawiały się o niej wzmianki, czasem na wallu widziałem zdjęcia znajomych z ich projektów. Usłyszałem o Żywii więcej po ogłoszeniu przez tę grupę piątej odsłony Art East wraz z grą główną opartą na motywach cenionego przeze mnie Lovecrafta. Pod koniec stycznia 2017 do internetu trafił pierwszy komunikat dotyczący projektu. Ich dokument projektowy trafił na wydarzenie dwa miesiące później, na siedem dni przed startem naboru. Nie do końca rozumiem, czemu umieszczony na niezbyt wygodnym dropboxie, który utrudniał dostęp chociażby z urządzeń mobilnych. Przedstawiał jasno wszystko co wydawało się niezbędne. Był jednocześnie ładny i informacyjnie trafny, co nie zdarza się niestety aż tak często. Wywołał zdrowy, entuzjazm odbiorców i widać było po pobieżnej już obserwacji, że projekt “chwycił”. Po tym informacyjnym sukcesie nastąpiły długie fazy ciszy. Była to dopiero pewna zapowiedź komunikacyjnych białych plam, godnych najlepszych Lovecraftowskich tradycji.

20617013_814746345353244_1408338451391542823_o

Zacznijmy od zgłoszeń i komunikacji. Już o obu tych kwestiach napomknąłem, czas je więc wyjaśnić. Larp przygotowany był na pięćdziesięciu graczy, nabory zaś odbywały się na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Składka wynosiła 90 złotych, co uważam za naprawdę rozsądną kwotę za to, co organizatorzy zaoferowali. W tej liczbie przygotowano również dziesięć miejsc premium – przy nich składka wynosiła 140zł. Jednocześnie pojawiły się materiały o strojach – dość prosty acz zebrany bardzo sensownie pinterest. A następnie zaczął się miesiąc ciszy. Dopiero w połowie maja pojawił się kolejny post na wydarzeniu, informujący o rozesłaniu emaili o kwestii noclegów. Kwestia ta została zakomunikowana trochę dziwnie bo bez podania kosztów i metody ich uiszczenia. Kolejny post pojawił się znów po niemal miesiącu, na koniec pierwszego tygodnia czerwca. On też zainaugurował ruch na wydarzeniu, gdy gracze rozpoczęli szersze dyskusje i debaty o dojazdach i temu podobnych kwestiach.Trzeba przyznać, że do drugiego tygodnia czerwca komunikacja ze strony organizatorów była dość słaba i według mnie bardzo szkodliwa. Nie ukrywam, że zniechęciła mnie poważnie.

20615895_814743948686817_7833279385910749674_o

Warto poruszyć kwestię logistyki, która stała na naprawdę wysokim poziomie. Zwracam uwagę na takie rzeczy, a nie zauważyłem większych uchybień logistycznych. Obiad w ramach fabuły przebiegł sprawnie, był sycący i smaczny. Sesja fotograficzna odbywała się według listy i gwarantowała, że każdy wyjdzie z larpa ze zdjęciem. Gracze mieli zapewniony transport autokarem, rekwizyty były doskonałe.

Jako gracz premium, to jest wpłacający wyższą składkę mogłem zatrzymać przypisane mi rekwizyty i nie ukrywam, że sprawiło mi to prawdziwą radość. Były naprawdę świetne. Zwłaszcza fotografie. Bardzo zadbano o nie, postarzając je ciekawą, skuteczną techniką. Mimo, iż posiadam z takowymi praktykę zawodową, nie byłem w stanie bez wahania uznać je za oczywiste repliki.

Karty były napisane ciekawie i zachęcająco, dobrym stylem i z pomysłem. Niestety – nadesłano je graczom dość późno, zaś poprawki i informacje wprowadzano w nich do ostatniej chwili. Jest to chyba najpoważniejszy zarzut, jaki można wystosować wobec organizatorów i realny problem. Wszyscy wiemy, że różnie bywa i poślizgi się zdarzają, ale karty na cztery dni przed tak dużym larpem i to jeszcze po tym rozbudowywane to zdecydowanie zbyt późno. Dawało to zbyt mało czasu na przygotowania.

A propos, pojawia się jedno zastrzeżenie. Brak wydrukowanych kart postaci. Oczywiście, odchodzi się coraz bardziej od wręczania ich graczom przed grą, trudno bowiem się z nimi obchodzić, trudno schować w niejednym stroju. ALE pozostawienie ich tylko w formie elektronicznej jest nie według mnie w porządku wobec graczy, nie każdy z nich ma możliwość dostępu do nich w ten sposób. Naprawdę polecam wydrukowanie ich i posiadanie do wglądu graczy.

20615795_814744155353463_1936494407802827537_o

Mechanika była minimalistyczna. Potrafisz co potrafisz, koń jest taki jaki widzisz. Poza tym dość standardowy seks czochrany oraz zapożyczona z larpów skandynawskich mechanika szaleństwa oparta na kolorowych koralikach. Dodajmy – ta ostatnia okazała się dość intuicyjna i bezproblemowa, zawierająca tylko w kilku miejscach drobne niejasności. Jedną z nich była pierwotna niemożność samodzielnego dobrania koralika, gdy gracz uznał, że jego  postać podążyła za daleko. Możliwość tą dodano dopiero w trakcie gry.

Rozgrywka toczyła się na zasadach no pain, z opcjonalnym jej przeniesieniem  w obydwie strony. Wszystko to uzupełniało eksperymentalne zastąpienie niektórych słów bezpieczeństwa ich bardziej fabularyzowanym odpowiednikami. To nie zadziałało jednak zbyt dobrze. O co najmniej użyciu przy mnie zmienionego słowa bezpieczeństwa dowiedziałem się dopiero w dwa miesiące po larpie, co raczej sugeruje, że odejście od standardowej symboliki kolorów nie sprawdziło się za bardzo.

Warto zwrócić uwagę na warsztaty, jakie zorganizowano przed grą. Prowadziła je Agata Godun. Były jasne, przejrzyste i nie miały opóźnień. Według mnie, gra znacznie zyskała na tak jasnej prezentacji zasad. Dla uczciwości dodać jednak warto, że niektórzy gracze łatwiej “łapią” tekst pisany i nie zaszkodziłoby przedstawić zasad również w formie tekstu. Mechanika nie przeszła przed grą żadnych betatestów. Szkoda, jest to bowiem wartościowa praktyka.

Technikaliów i kwestii przedlarpowych tyle. Harmonogram został dotrzymany z godną podziwu dokładnością, która mogłaby zawstydzić co poniektórych larpowców byłego zaboru pruskiego. Gracze zostali ogarnięci i zadbani, zaś organizatorzy zrobili, co mogli, by ułatwić im dobry start. Cała ta sfera zdobywa u mnie mocną czwórkę. Poważnym minusem jest kwestia komunikacji. Drugim zaś kwestia dostępu do kart postaci. Plusy jednak widocznie przeważają.

20507799_814743548686857_1710368849105449150_o

Angst był sandboxem. Stanowiliśmy zbiór różnorodnych postaci i wątków ujętych razem w te ciekawe okoliczności. Arystokraci, artyści, illuminati, sekta kanibali. Choć w pierwszej chwili brzmi dziwnie, bardzo fajnie wpasowało się w klimat i nastrój. Postaci były ciekawe i dobrze rozrysowane. Mnie samemu trudno byłoby się nudzić, choć wiem, że nie wszyscy gracze tak łatwo wpasowali się w te warunki. Pomagała znajomość realiów 1914 roku i przygotowanie się do postaci. Na ile mogę ocenić, gracze byli jednak w zdecydowanej większość zadowoleni. Pewną niedogodność stanowił brak dostępnych MG, w kilku chwilach zdawali się być graczom potrzebni. Gra była jednak w dużej mierze pozbawiona elementów wymagających ich obecności.

Angst był dobry wyborem. To dobry, solidny larp wart zagrania. Ekipa jego twórców popełnia pewne błędy, lecz nie myli się tylko ten, kto nie robi nic. Nie ukrywam, że na pewnym momencie, gdy spadło pierwotne podniecenie zajawką, a cisza ze strony mistrzów gry przeciągała się intensywnie, zacząłem rozważać odpuszczenie sobie tej gry. Po prawdzie zdecydowała świadomość, ile sam problemów miewałem jako mistrz gry, gdy gracze wykruszały się w ostatnich dniach przed larpem. Angst był naprawdę dobrą grą, zrobiłem więc słusznie nie rezygnując. Żałuję, że nie mogłem zostać na reszcie festiwalu. Za rok, o ile nie stanie się nic nieprzewidywalnego, znów odwiedzę Białystok z silną nadzieją, że tak solidna ekipa raczej nie powtórzy tych samych błędów.

20615800_814746338686578_7476184421223386480_o

Zamek w Tykocinie to obiekt mocno wryty w świadomość historyczną. Na tych obszarach warownia istniała jeszcze za czasów Gasztołdów, którzy sami są świetnym tematem na larpa. Który, tak, owszem, kusi mnie. Ale zostańmy przy zamku. Po czasach swych pierwotnych posiadaczy przeszedł na własność króla Zygmunta Augusta. To opodal niego zmarł ostatni z Jagiellonów i stąd wyruszył jego kondukt pogrzebowy. To właśnie za czasów tego władcy powstała rekonstruowana obecnie renesansowa forma zamku. Zamek mieścił wówczas arsenał koronny, prywatne skarbiec i bibliotekę władcy.

Następnie za czasów Wazów dokonano przebudowy na twierdzę bastionową, którą poznajemy z lektury Potopu Henryka Sienkiewicza. Zamek uległ zniszczeniu jeszcze przed rozbiorami. Tu zmarł magnat i zdrajca Janusz Radziwiłł. Wybór tego zamku na miejsce Zewu Cthulhu świadomemu historykowi mógł zapewnić ciarki na kręgosłupie.

Obecnie na bazie odnalezionych archiwaliów trwa odbudowa zachodniego skrzydła zamku w wersji renesansowej. Jest ona piękna. W samym zamku znajduje się centrum hotelowo-gastronomiczne oraz muzeum.

CSR a sprawa larpowa.

Czym właściwie jest owo mityczne CSR? Po polsku brzmi bardziej znajomo – społeczna odpowiedzialność biznesu. Według powszechnego poglądu sprawa czysto korporacyjna. wedle innych zupełnie nie dla larpowców. Ale to tylko pozór.

Zacznijmy od krótkich definicji. Społeczna odpowiedzialność to założenie, że przedsiębiorstwo dobrowolnie stara się godzić zarabianie pieniędzy z interesem społecznym. Nie tylko w relacji z klientem, w wymiarze PRowym. Przede wszystkim w  wymiarze budowy swoich strategii rozwojowych i sprzedażowych, a także produkcyjnych. Sprawa jest prosta, ale nie aż tak łatwa Nie chodzi tu bowiem o wymiar prawny i formalny. Nie chodzi o to, że firma działa w dostosowaniu do prawa. Ona ma działać również dla dobra wspólnego, w oparciu o dobre praktyki i szeroko rozumianą słuszność. Jest to traktowane jako inwestycja, wkład w funkcjonowanie społeczności. Jest to ta sama forma biznesowego rozsądku i dalekowzroczności, która przedkłada porzucenie gospodarki rabunkowej czy wyzysku pracownika na rzecz funkcjonowania z nim w symbiozie. Ponieważ tak jest dla wszystkich lepiej. Tak, to była łopatologia. Dla zainteresowanych rys historyczny na końcu artykułu, w aneksie.

Wyświetlanie DSC_0104a.jpg

Kola 2017, fot. Klaudia Toruń

Mówiąc krótko, firmy i przedsiębiorstwa odpowiedzialne są za skutki swojej działalności. Nie tylko w wymiarze prawnym, jak wspomniano. Również w etycznym i moralnym. Tak więc gospodarki również dotyczy formuła etyczna, zawarta w jednej z tez ekonoma Friedricha Hayeka: “Wolność oznacza nie tylko, że człowiek ma zarówno możliwość wyboru, jak i niesie jego brzemię; oznacza także, że musi on ponosić konsekwencje swoich czynów, otrzymywać za nie pochwały lub spotykać się z potępieniem. Wolność i odpowiedzialność są nierozerwalne.” Firma odpowiada przed swoimi klientami i społecznością za swoją działalność. Dialog społeczny na poziomie lokalnym, zrównoważony rozwój, dbałość o ekologię, o pracowników i ich dobro, o ich rodziny i otoczenie, w jakim żyją. Dbałość o to, by klient, aby kupić buty, nie musiał oddychać spalona gumą.

Jakie korzyści dają im firmom te programy?

  1. Wzrost wiarygodności wśród inwestorów i kredytodawców – zainteresowanych przejrzystością, dobrze zbudowanym wizerunkiem i z dobrymi relacjami firmy w społeczności. Wiarygodność to cenna waluta. Tym cenniejsza po ostatnim kryzysie. Dla zainteresowanych ciekawy, acz mocno hermetyczny artykuł: http://odpowiedzialnybiznes.pl/artykuly/czy-odpowiedzialne-inwestowanie-sie-oplaca/
  2. Zwiększenie lojalności konsumentów/klientów – wzrost świadomości powoduje, że coraz częściej starannie wybieramy u kogo kupimy i z kim zawrzemy umowę. Co nam po małej oszczędności, jeśli zepsuje nam reputację lub po prostu produkt nie będzie nam się podobał? Jak z butami. Tanie wytrzymają rok, lepsze będziesz nosił przez dekadę. Do tego budowa lojalności i przywiązania jest bezcenna dla firm z tradycją lub te tradycje budujących.
  3. Następnie korzyści w zakresie pracowników. Podnoszenie kultury organizacyjnej usuwa koszta złego partnerstwa, zepsutych relacji i fatalnej reklamy szeptanej. Zwłaszcza ważna dla larpowców jest też kwestia pozytywnego wizerunku firmy i pozytywnych relacji z pracownikami. Dobrego pracownika warto utrzymać. Lojalny pracownik jest lepszym atutem firmy. Pozafinansowe motywowanie pracowników jest w tym zakresie równie ważne. Kodeksy etyczne czy programy społeczne to równie ważny element jak programy typu multisport i prywatna opieka medyczna.
  4. Relacje ze społeczeństwem i władzami lokalnymi. W urzędzie czy na spotkaniu z ludźmi, większa będzie chęć pomocy jeśli jesteś “swój”, jeśli czują wobec ciebie wdzięczność. Jeśli cię lubią i wiedzą, że ich nie wykiwasz. Konflikt jest ostatnim, czego chce rozsądna firma.

Tym właśnie jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Jest rozległa, jest wielka. I większość z was nie widzi tu wielu związków z larpami, prawda? Chodźmy więc dalej.

Wyświetlanie DSC_0018a.jpg

Kola 2017, fot. Klaudia Toruń

Dlaczego nas, larpowców, ma  interesować dość dziwna polityka, o której większość nie słyszała, a pozostałych w dużej mierze nie obchodzi? Nieliczne odpowiedzi, jakie zwykle padają, dotykają pieniędzy. Prowadzę warsztaty z pozyskiwania grantów i dodatkowych metod finansowania projektów. Większość osób przekonana jest, że to, co im podaje, to sprytny sposób, by wyciągnąć trochę złotówek. Grancik, dotacja. Pozyskany zgodnie z zasadami lub naciągnięty. To błąd.

Większość tych nielicznych osób, zainteresowanych pozyskaniem dostępnych dla NGO i grup nieformalnych środków finansowych i wsparcia rzeczowego, traktuje to jak wyprawę łupieżcą. Pratchett, w jednej z powieści ze Świata Dysku napisał, w kontekście terytorialnych sporów: Acquiris Quodcumque Rapis – dostajesz to, co złapiesz. Tak właśnie wielu larpowców postrzega wszystkie opcje, przed jakimi stoją. Zbyt wiele osób pisząc o walorach kulturalnych larpa, o jego rozwojowym, edukacyjnym charakterze czy wpływie na rozwój człowieka, po prostu dopasowuje hasełka do wniosku. Rozwój kreatywności? Fraza-łata. Miękkie umiejętności społeczne? Integracja międzypokoleniowa, aktywny wypoczynek, przeciwdziałanie rasizmowi, ksenofobii – to wszystko dobre hasła na  na dostosowanie wniosku do swoich potrzeb.

larpowyII-9045_3

2 Krakowski Weekend z Larpami, gra “Crossing borders”, fot. Michał Tenerowicz

A nie tak powinno być. Niezależnie od tego czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, niezależnie czy traktujemy larpy jako czystą rozrywkę, czy też coś chcemy nimi pokazać, osiągnąć – wkraczamy z wkładem w lokalne społeczności i nasze otoczenie. Oddziaływanie nie musi być celowe ani świadome. Ale gdy rzucasz kamień w wodę, tworzy on fale. Nasze działania wpływają na nasze otoczenie i na społeczność. To właśnie chcę pokazać oraz to,  jak spleść ten wpływ  z potrzebami społecznej odpowiedzialności biznesu.

Cytując za słownikiem PWN: społecznik – człowiek bezinteresownie działający dla dobra jakiejś społeczności. Robiąc larpy jesteśmy społecznikami. Jesteśmy tym samym, co ruchy ekologiczne, kluby seniora, WOŚP i ochotnicza straż pożarna. Tak – larp, jako działalność i funkcja, są edukacją. Kontaktowości, kreatywności, niestandardowego myślenia i improwizacji – tego wszystkiego co stanowi o inteligencji, o samodzielności, o zdolności do rozwoju. Tak, integrujemy międzypokoleniowo. Nie rzucę tu Orkonem, gdzie rozpiętość wieku rozciąga się od 8 do 60 lat. Ale spójrzmy choćby na lubelska Kolę. Wiecie, jakie było moje zdziwienie, gdy pojawiła się starsza pani, pragnąca dowiedzieć się więcej o larpach dla swojego klubu seniora? Poczułem wtedy, że naprawdę warto. Mógłbym długo rzucać tu przykłady. Sens jest prosty – nasze działania – świadome i nieświadome – ingerują w świat. I czynią go lepszym w tych wszystkich kategoriach, które wielu uważa za prostą łatkę do wyciągnięcia kasy. W krótkiej dyskusji na Larp Poland Kamil Bartczak przytoczył zwalczanie wykluczenia kulturalnego. Ja dodam do tego jeszcze i to społeczne. Wiem, że tak jak i on – z powagą. Możemy się z tego nabijać do woli. Ale prawda jest taka, że larp stanowi dla wielu kontakt z kulturą. Larp wielu wprowadza w świat fantastyki. Larp ma właściwości trapeutyczne. Walczy z wykluczeniem społecznym, daje oparcie tym, którzy boją się ludzi, życia. Daje poczucie wspólnoty. Bo larp, jako wspólnota i formuła umowy społecznej funkcjonuje samoczynnie. Jest sprawczy, w takiej formie, jak sprawcze jest wszystko to, co daje ludziom szansę, nadzieję, swoje miejsce. Rozejrzyjcie się. Ilu z “naszych” cierpi na depresje. Boi się świata, ludzi. Ilu ma problemy. Ilu chodzi na terapię. A nasze środowisko – jakie by nie było – dla wielu jest domem. Krótka chwila na kpiny? Śmiało. Zapytania gdzie ja to widziałem i skąd to wziąłem? Jeśli potrzebujecie. Sam chodzę na terapię. Sam biorę leki. Jak część z Was wie, cierpię na silną fobię społeczną – boję się ludzi. I tak, larpy wyciągnęły mnie z wykluczenia i depresji. Wielu wyciągnęły.

Wyświetlanie DSC_0013a.jpg

Kola 2017, fot. Klaudia Toruń

Wróćmy do rdzenia tematu. Jeśli chcecie wiedzieć, jak zgrać potrzeby larpa z zasadami CSR,  jaki to ma związek, jak wspierać potrzeby społeczności, firmy, biznesu, samorządu, wystarczy, że spojrzycie na to, co robicie teraz. Firmy tworzą fundusze, by wspierać konkretne rodzaje działań. Nie traktujcie ich jak debili. Jasne, wiele z nich chce po prostu napisać raport na koniec roku i pochwalić się wielkim sukcesem, jaki odniosło. Ale częstokroć im naprawdę zależy. Częstokroć pracują tam ludzie, zaangażowani ze wszech sił w to, co robią. I chcący coś zmienić. Weźmy przykład Fantazjady. Stowarzyszenia – wyjaśniając pro forma. W ostatnich sześciu miesiącach współpracowałem z nimi przy trzech projektach mających widoczne, oczywiste i w pełni prawdziwe znamiona współpracy międzysektorowej.

Fantazjada. Nie zrealizowana w pełni, bo niestety odwołana. Pewnego zimowego wieczoru napisałem na ich potrzeby trzy wnioski korporacyjne. Uzasadnienia ich stanowią barwną anegdotkę, która sam – przyznaje – wykorzystywałem na różnego typu spotkaniach. Być może błędnie, nie podkreślając najważniejszego faktu – że napisałem tam prawdę. Konkretnie wystąpiliśmy do trzech z korporacji o wsparcie w związku z działaniami prowadzącymi do walki z wykluczeniem społecznych. Ale tak – Fantazjada (i nie tylko ona) jest formą walki z takim wykluczeniem, Młodzi ludzie jadą by spędzić kilka dni na łonie przyrody. Przeżyć przygodę. Poznać nowych ludzi, którzy częstokroć pozostają w ich życiu na lata.

Porozmawiajcie z kimkolwiek, kto organizuje Fantazjadę, Orkon czy Dreamhaven. Porozmawiajcie z opiekunami na obozach larpowych. Posłuchajcie, co powiedzą Wam ludzie z Oriona, z Silberbergu. Zapytajcie, ilu wraca. I ilu szuka dalej. Zastanawialiście się kiedyś jaką wartość ma dla gmin, zamków, miejsc z którymi współpracujemy nasza tam obecność? Nie mówię już nawet o festynach, o atrakcjach dla miejscowych. Spytajcie kogoś z Orkonu, jak się zmienił Łutowiec od kiedy larpowcy zostawiają tam pieniądze. Zapytajcie Dastina czy Kasię Kehl czy lubią ich w Grodźcu. Zapytajcie Hermiony jak jej partnerzy z Ząbkowic zapatrują się na to, co tam organizowano.

I obchodzi to również firmy. Ponieważ firma, aby działać, aby spełniać swą politykę w obszarze, jaki sobie wyznaczyła potrzebuje partnerów. Pośredników. Operatorów. Przełożenia.

larpowyII-8894_4

2. Krakowski Weekend z Larpami, fot. Michał Tenerowicz

Toyota – a pamiętać tu trzeba, że firmy japońskie mają ogromne tradycje takiej współpracy – rokrocznie organizuje konkursy na granty na projekty kulturowe i infrastrukturalne w miejscu funkcjonowania ich fabryk. T-Mobile zachęca pracowników do  zgłaszania wnioski o dofinansowanie projektów społecznie użytecznych, tworzonych przez swoich pracowników. Citibank? Tak, jak i fundacja Kronenberga, przez ten bank finansowana. Aby pracownik mógł oddać się pracy społecznej, dostaje dodatkowy płatny dzień urlopu rocznie. Z ubezpieczeniem. I zwrotem kosztów. Tak – wolontariat pracowniczy to też CSR. Sprawdzałeś u siebie w firmie czy masz do niego prawo?

Czy CSR dotyczy tylko molochów? Nie. Małe firmy mają lokalny rodowód. Gdy cukiernia wspiera lokalne rocznice czy dostarcza ciasta do szkoły – to też CSR. Nawet, gdy oni tak tego nie nazywają. Im problemy lokalnej społeczności są bliższe i bardziej dla nich zrozumiałe.

Społeczna odpowiedzialność biznesu istnieje. Jest realna i realny jest jej kontakt z naszym środowiskiem. Skorzystajcie. Pomóżcie sobie, pomagając innym.

Jest również druga strona medalu. Co ze społeczną odpowiedzialnością… firm larpowych? Społeczną odpowiedzialnością jako biznesmenów? Społeczną odpowiedzialnością wobec własnego środowiska?

Co z tego, że dla wielu ludzi –  sąsiadów, szefów, kolegów – jesteśmy szaleni?. Może jesteśmy. Co z tego, że dla wielu innych larpowców jesteśmy idealistami, nie ogarniającymi realnego świata. Idealistyczni szaleńcy zmieniają świat. Reszta tylko go zamieszkuje.

tekst: Andrzej Pierzchała

redakcja: Aleksandra Tomicka-Kaiper

 

Aneks.

XIX wiek był epoką gospodarki rabunkowej. Pracownicy byli wykorzystywani do granic, a prawa pracownicze dopiero się kształtowały. Złoża i zasoby eksploatowano rabunkowo, a klienta masowego traktowano jako źródło pieniądza, nie partnera. Wielkie imperia przemysłowe tamtej epoki budowano nie zważając na etykę. etyką był dochód. Strajki łamano siłą, ludzi wysiedlano z terenów im potrzebnych do dalszej ekspansji. W wielu grupach do dziś funkcjonuje taki właśnie pogląd na wielkie korporacje. Takie widzimy w wizjach pisarzy, takie głosy usłyszeć możemy na różnego typu forach.

W kilku kolejnych fazach następnego stulecia urzędnicy i politycy, a nade wszystko lokalne społeczności i grupy stowarzyszone, doprowadziły do ustabilizowania i sformalizowania stosunków w trójkącie państwa, gospodarki i społeczeństwa (czyli trzech członków, nazywanych obecnie w Polsce pierwszym, drugim i trzecim sektorem). Kolejne dekady, zwłaszcza w epoce po Wielkim Kryzysie(który doprowadził do uznania wielu firm za winnych ówczesnej sytuacji i biedy), spowodowały sformułowanie formuły społecznej odpowiedzialności biznesu za swoje działania. Lata sześćdziesiąte, czyli epoka niepokojów i problemów społecznych (socjalizujących, pacyfistycznych, równościowych), ostatecznie ukształtowały doktrynę która, z oczywistymi korektami, trwa do dziś.

 

Postaci żeńskie w larpach historycznych

Pojawia się czasem w rozmowach, tak wśród graczy, jak i graczek, teza, jakoby role męskie w larpach historycznych ze swej natury były znacznie bogatsze i ciekawsze. Jest to dość częsty błąd. Popełniany jednak niejednokrotnie również przez Mistrzów Gry. Czy faktycznie archetypy i wzorce zdatne do wykorzystania w larpach skupiać się muszą albo na rolach monotonnych i mniej ważnych? Albo wprost przeciwnie iść w kierunku postaci rzadkich, nietypowych lub stanowiących aberracje dla realiów? Bynajmniej.

Dłuższą chwilę zastanawiałem się jak ugryźć ten temat i im dłużej go trawiłem, tym bardziej docierało do mnie co mnie w nim irytuje. Ponieważ tak naprawdę to nie jest błąd. To obraza. Obraza sugerująca, że kobiety ówczesne były tak słabe i tak pozbawione praw, że nie miały możliwości osiągnięcia czegokolwiek.

Mogę wyciągnąć milion przykładów historycznych z różnych epok. Oczywiście nie z każdej, i nie w każdych realiach społeczno-politycznych, ale w ogromie ich. Zaczynając od Babilonu i starożytnego Egiptu, gdzie prawo propinacji alkoholu i prowadzenia gospód w dużej mierze znajdowało się w rękach kobiet, poprzez wszystkie wieki po powstanie współczesnego ruchu Emancypacyjnego.

Nie. Nie znaczy to w żadnym wypadku, że stwierdzę nagle, iż kobiety miały równe, czy też raczej jednakie prawa z mężczyznami, że w wielu wypadkach ich sytuacja nie była z naszej dzisiejszej perspektywy dobra. Było by to błędne i ze wszech miar nieuprawnione. Ale nie jest to równakie ze stwierdzeniem braku takowych praw, czy braku przykładów czy dowodów funkcjonowania przypadków odmiennych.

Po pierwsze dla zasadności tekstu należy stwierdzić, że w znacznej większości przypadków kobieta podlegała ochronie prawa. Zwykle silnego i starannie precyzującego akcenty. Sytuacje negatywne czy wprost ignorowania istnienia tychże praw były zwykle kwestią tychże praw łamania.

Zastanówmy się więc pokrótce w jakich sytuacjach mówimy o ustawodawczym ograniczeniu praw kobiet. Zaznaczam tu, że skupię się na kwestii europejskiej, prawo zwyczajowe Azji, Afryki i plemion innych obszarów nie jest mi bowiem szerzej znane.

Przede wszystkim silne ograniczenie owej swobody praw widzimy w starożytnej Grecji i Rzymie, z którego w ramach prawa rzymskiego stanowiącego fundament przyszłych prawodawstw przedostało się do kolejnych systemów prawnych. Przy czym należy zastrzec, że mimo owego ograniczenia nie oznaczało to funkcjonowania zasady zerowej. Kobiety miały prawo uczyć się w szkołach filozoficznych, posiadać majątek (ale nie nabywać go!). Co więcej w społecznościach o silnych zobowiązaniach mężczyzn (wymagających ich udziału w rządzeniu, w radach czy silnie zmilitaryzowanych, jak Sparta) mimo formalnego postawienia niżej, to na kobiecie spoczywał obowiązek zawiadywania majątkiem, podejmowania decyzji. Nie były to sytuacje prawnie usankcjonowane, ale powszechne i zwyczajnie akceptowane jako naturalne.

W Europie ery post-rzymskiej pierwszym silnym akcentem, który ustanowił ład prawa rzymskiego stanowiło prawo salickie, spisane przez władcę Franków, Chlodwiga, w końcu V wieku. Odzwierciedla ono prawa plemienne, zakładało odpowiedzialność rodową, dziedziczenie wyłącznie przez mężczyzn i silny system patriarchalny. Z czasem, mimo pewnych ułagodzeń i modyfikacji wynikłych z zaniku systemu rodowego, rozrosło się ono swoim zasięgiem na większość Europy karolińskiej i dalej. Dla dokładności, dodać należy, że kobiety wyłączone były z dziedziczenia ziemi, nie majątku ruchomego. Elementy tego prawa wciąż wpisane są w istniejące monarchie Europejskie, stanowiło ono również fundament praw do czasu rewolucji francuskiej, a w wielu przypadkach nawet dłużej.

Czy oznaczało to, że role i archetypy kobiecie z tego okresu zupełnie spychają kobietę do roli ładnego tła? Nie. I nie mówię tu o ewenementach, specyficznych i niekoniecznie pasujących do wykorzystania w typach Joanny d’Arc, Elżbiety II czy carycy Katarzyny.

Mamy Annę Austriaczkę – królową i regentkę opisaną przez Dumasa, mamy Marię Medycejską – jej teściową, potężną monarchinię, a protektorkę pierwszych lat kariery legendarnego kardynała Richelieu. Melisande władała królestwem Jerozolimskim zapisując się w pamięci potomnych jako protektorka sztuk, potężna i wpływowa.

Dajmy spokój królowym. A szlachcianki? Spójrzmy na przykład frondy książąt. Jej twarzą byli Gaston, książe Orleanu, a zanim książęta de Condi, de Conti, w końcu potężny Tureniusz. Ale jej mózgiem? Kręgosłupem? Księżna de Montpensier, pani de Longueville, której skandaliczne życie było na ustach całego Paryża. W końcu madame de Rohan, słynna pani de Chevreuse. Żony drobnej arystokracji, szlachciców z prowincji tak samo jak greczynki i rzymianki zmuszone były brać zarząd w swe ręce czy otaczać włości opieką, podczas, gdy mąż zajmował się sprawami świata i rodu. Tak – nie znajdujemy wielkich opisów tego, nie znajdujemy pieśni czy sag.

Nikt nie opisuje w niegdysiejszych kronikach gospodarczej roli opatek, szlachcianek, chłopek. Nikt nie znajdzie poza księgami cechowymi napomknień o codziennych pracach i prawach mieszczek, zrzeszonych w organach samorządu cechowego. Któż poza naukowymi opracowaniami opowie o równouprawnieniu kobiet w silnie zurbanizowanej średniowiecznej Flandrii? Któż poza literaturoznawcą zna teksty Krystyny z Pizy, wytykające wprost w popularnych drukach mizantropie wielu mężczyzn? Kto zna zapisy polskiego prawa zwyczajowego, które aż do ery oligarchii magnackiej upadku politycznego 2 poł. XVII wieku, utrzymywało silne równouprawnienie kobiet, na straży praw których stał aparat państwa? Nieliczni.  

Większość ludzi popełnia ten sam błąd. Analizuje sprawy z dzisiejszego, swojego punktu widzenia. Człowieka ery informacji. Ery cyfrowej. Człowieka, który zapomina, że w latach niegdysiejszych, gdy ograniczony był dostęp do zdolności pisania – nie mówiąc już o materiałach rękopiśmiennych, że w czasach, gdy przepływ informacji był wolny i niepewny, nie pisano o codzienności. Dlatego nie zachowały się opisy polskiej szkoły szabli. Możemy ją zaledwie rekonstruować, gdyż nikt nie zapisał tego, co uważano powszechnie za oczywiste. I to z owych oczywistości czerpać możemy materiał. Wystarczy się rozejrzeć.

Role żeńskie w larpach historycznych mogą być równie ciekawe, a na pewno świeższe czy mniej wyeksploatowane tematycznie. Co więcej dobrze zagrane uczynią odtworzony świat pełnym i realnym. A i mężczyznę-postać odciąży partnerka, tak jak robiła to przez stulecia. Albo utopi. to również potrafiły od eonów. Stworzenie tej sytuacji wymaga jednak świadomości i pracy. Tak od MG, którzy budując i przedstawiając setting zadbać muszą o komunikacje tejże rzeczywistości, jak i od graczy. Graczki muszą świadomie zdecydować w jaką stronę chcą zaprowadzić swą postać. A jeśli interesuje ich postać wbudowana, bardziej partnerska, bliższa świadomi realnemu – poznać ten świat choć trochę z realniejszych przedstawień. Wyjść poza sferę stereotypu. Gracz zaś musi świadom być świata. I pozwolić wspólgraczkom grać nim, pójść w realne jej możliwości. Wszyscy na tym skorzystają.

(Tekst pierwotnie opublikowany na Larp Poland)
Andrzej